Bullshit jobs – obłęd nic niewartych prac
30 czerwca 2017
0

Pod koniec lat trzydziestych dwudziestego stulecia John Maynard Keynes, jeden z najwybitniejszych ekonomistów w historii, przewidywał, że dzięki rozwojowi technologii  i ogólnemu wzrostowi zamożności tygodniowy czas pracy będzie mógł być ograniczony do 15 godzin. Mimo rzeczywistego postępu technologii przewidywania Keynesa się nie sprawdziły i nawet w najzamożniejszych krajach europejskich pracuje się co najmniej 35 godzin tygodniowo. Przeciętny Polak pracuje jeszcze dłużej i jak pokazują badania czas jego pracy wydłuża się na przestrzeni ostatnich lat. Dlaczego tak się dzieje? Stoi za tym fenomen bullshit jobs.

Bullshit jobs – gó..o warte prace

Autorem tego terminu jest amerykański profesor antropologii David Graeber. Pierwotnie autor odniósł ten termin do konkretnych zawodów, jego zdaniem niepotrzebnych i nic nie wnoszących – pracowników korporacji prawniczych, członków rad nadzorczych, telemarketerów, pracowników agencji public relations.  Jak twierdzi Graeber na rynku pracy doszło do sytuacji w której coraz większa rzesza ludzi wykonuje prace niepotrzebne, bezużyteczne i nie przynoszące żadnej korzyści – czy to społecznej czy gospodarczej. Co ciekawe, ci którzy wykonują pożyteczną pracę zarabiają często gorzej od tych, którzy wykonują coś, co nie ma najzupełniej wpływu na nasze życia.

Z czasem termin ten zaczęto odnosić do wielu bezużytecznych obowiązków wykonywanych przez przedstawicieli różnych zawodów, które nie tylko niepotrzebnie zabierają im czas, ale przynoszą frustrację i zniechęcenie spowodowane świadomością ich bezsensowności.

Zasadnicza część pracy coraz większej rzeszy ludzi nie jest związana z pracą, która przynosiłaby rzeczywisty pożytek, ale z dokumentowaniem swojej pracy, tworzeniem korespondencji i dokumentów, raportów, planów zestawień. Lekarze czy nauczyciele coraz mniej czasu poświęcają na rzeczywistą pracę np. na leczenie pacjentów, czy pracę z uczniami, a coraz większą na sprawozdawczość i dokumentowanie swoich działań. Sięga to paranoi.

Jak pisze Graeber niekończący się wzrost liczby obowiązków administracyjnych przypomina mu urzeczywistnioną wersję piekła.

Biurokratyzacja

Podobnie jest w sferze życia obywatelskiego. Zderzenie z systemem urzędniczym i procesem administracyjnym jest przykre i irytujące dla niejednego obywatela.

Rozbudowane i nadmierne uszczegółowione wnioski, mnogość dokumentów, oświadczeń, zaświadczeń i uzgodnień potrzebnych do załatwienia najprostszej nawet sprawy, jest frustrujące i często jest niepotrzebną stratą czasu i energii uczestników procesu administracyjnego.

Konsekwencje

To wszystko zmniejsza efektywność i spowalnia nasze działania –  te realne, które przynoszą rzeczywisty pożytek. Zabiera nam czas i marnuje energię, którą można by właściwie spożytkować – na działalność społeczną, naukę, realizację własnych zainteresowań, czy chociażby podjęcie refleksji na temat otaczającej nas rzeczywistości.

Ma to też skutki psychologiczne w skali jednostki. Świadomość, że spędza się swoje pracownicze życia na wykonywaniu zadań niepotrzebnych z pewnością nie wpływa dobrze na kondycję psychiczną i czynić duchowe spustoszenie. Szczególnie, że sami wykonawcy bullshit jobs uważają, że ich praca jest bezsensu.

Skąd to się bierze?

Z pewnością jest to pewna tendencja ogólnoświatowa związana z przenikającym wszystkie sfery duchem korporacyjnym. W polskich realiach dochodzimy jednak do niebezpiecznej granicy, której nie powinniśmy przekraczać. Prawdopodobnie stoi za tym bardzo niski wskaźnik ogólnego zaufania społecznego. Przekonaniu o ciągłej potrzebie wszechkontroli. Zwykle kontroli iluzorycznej. Brakuje zaufania, że każdy wykonuje swoją pracę z należytą starannością i w dobrej wierze. Co ciekawe zwykle nie rozlicza się nikogo z rzeczywistych efektów jego pracy (np. skuteczności leczenia pacjenta), a z poprawności i kompletności prowadzonej dokumentacji. Nikt nie zastanawia się nad sensem i korzyściami podjętych decyzji, a jedynie nad zgodnością z przyjętymi procedurami, kompletnością dokumentów czyli nad kwestiami zupełnie wtórnymi.

Co z tym zrobić?

We wszystkich sferach życia na pewno pomogło by podniesienie ogólnego poziomu zaufania. Uniknęlibyśmy sytuacji, w której musimy za wszelką cenę udokumentować poprawność czy zasadność naszych działań. To podniesienie poziomu zaufania powinno mieć też wydźwięk w kulturze prawnej. Dobrze by było określać pewną ogólną zasadę postępowania, ale konkretne decyzje i działania powinny być podejmowane zdroworozsądkowo, adekwatnie do sytuacji z wykorzystaniem narzędzi proporcjonalnych do istoty sprawy w zaufaniu co do celowości podejmowanych decyzji i dobrych intencji.